Baby to jakieś inne są- czyli historia hardcorowego liftingu łazienki.

Zaczęło się jak w filmach Hitchcocka- od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło…

Trzęsieniem ziemi była reakcja mojego Męża na pomysł, aby wymienić w łazience żyrandol glamour na coś mniej ostentacyjnego. Po tylu latach powinien się już do tego przyzwyczaić, za każdym razem jednak sytuacja wygląda tak samo ;P Gdy minęło już trzęsienie ziemi i decyzja o zakupie lampy została podjęta, nadszedł czas pomyśleć o pozostałych zmianach. Łazienka wyłożona jest gresem imitującym trawertyn, w dwóch kolorach- jasny beż i grafit. Jest prosta, nowoczesna, ale nawiązująca do klasyki i stylu retro. Nadal odpowiada mi jej estetyka, niezadowolona jestem jedynie z czarnej szafki pod umywalkę na wysoki połysk- ze względu na jej niepraktyczne wykończenie. Lampa miała być czarna, w stylu industrialnym i miała rozpraszać światło w całym pomieszczeniu. Wybór padł na lampę z drucianym kloszem. Ponieważ w pokoju chłopców jest już druciana lampa o kanciastym, geometrycznym kształcie, w łazience chciałam, aby klosz miał kształt kulisty. Wymarzoną lampę znalazłam na stronie sklepu BlowUpDesign, który ma w swojej ofercie bogatą ofertę lamp z klatkami.

Wybrałam lampę  Esk duńskiej marki Nordlux. Jak wiadomo, takie współczesne, minimalistyczne interpretacje stylu loftowego są jakby stworzone do wnętrz w stylu skandynawskim. Do towarzystwa znalazłam jej inny druciak- koszyk na zapas papieru toaletowego (do tej pory skrzętnie skrywany w szufladzie awansował do roli dekoracji łazienki, czemu nie mógł się nadziwić M. ;P). Skoro wrzuciłam do tego worka styl loftowy i skandynawski, to nie mogło zabraknąć i drewna! Jedynym „drewnem” w łazience były drzwi w kolorze teaku. Teraz pojawiła się jeszcze taca, na której wyeksponowałam różne śliczności, a także mata podłogowa z teakowych listewek- to jest moje życiowe odkrycie! Wszystkie dywaniki łazienkowe doprowadzały mnie do szału wiecznie zbierając kłaki i paprochy! Ach, no i zapomniałabym o drewnianej półce na wannę. Idealnie pasującą do tego wszystkiego zasłonę prysznicową kupiłam w H&M Home.

A gdzie te problemy, zapytacie? Już odpowiadam! Czy skandynawska łazienka może obejść się bez kosmetyków w pięknych, brązowych butelkach, przypominających te, w których sprzedawane są syropy w aptece? Oczywiście, że nie! Kopalnię informacji na ten temat znajdziecie u Kasi z bloga Conchita Home, ale i ja mam coś do dorzucenia od siebie! Pierwsze tournee po drogeriach związane było z poszukiwaniem brązowych butelek (bez względu na ich zawartość). Drugie tournee po drogeriach dotyczyło zakupu kosmetyków z czarnymi pompkami (także bez zwracania uwagi na ich zawartość), bo większość kosmetyków sprzedawanych w drogeriach (również tych w brązowych butelkach) ma białe pompki- prawdziwy skandal! Potem okazało się, że żadna z brązowych butelek nie jest na tyle wysoka, żeby mogła pełnić funkcję dozownika na mydło w płynie przy naszej nablatowej umywalce. Tutaj z pomocą przyszła mi moja przyjaciółka Ania, z zawodu farmaceutka i kupiła dla mnie butelkę o odpowiednich gabarytach w hurtowni farmaceutycznej. Ups! Butelka o odpowiednich gabarytach potrzebowała też pompki o nieco większych wymiarach- ratunku!! Nadszedł czas na tournee numer trzy- ale jak ocenić, czy ta pompka (czarna oczywiście, stanowiąca zaledwie kilka % dostępnych pompek) jest 2 milimetry większa, od tej znajdującej się w większości kosmetyków?? Przed tournee numer cztery- zapakowałam szklaną butelkę do torebki, aby móc przymierzać do niej czarne pompki… Oczywiście najpierw oceniałam pompkę „na oko”. Mało prawdopodobne było, aby małe butelki miały duże pompki, wzięłam więc na cel gigantyczną, litrową butlę szamponu Joanna. Poprosiłam o pomoc miłą Panią ekspedientkę (gdybym sama zaczęła kombinować przy pompce pewnie zainteresowałby się mną ochroniarz ;P), która okazała wiele wyrozumiałości dla mojego problemu i hura!!! Udało się 🙂 Wróciłam do domu z pompką i zapasem szamponu na pół roku- na szczęście był niedrogi i zawiera keratynę- a takiego właśnie używam :)) Teraz sytuacja wygląda tak: mam brązowe butelki z białymi pompkami i mam inne butelki z pompkami czarnymi, wymieniam pompki- łatwizna! Nie-brązowe butelki z kosmetykami i białymi pompkami chowam do szafki. Z brązowych butelek muszę pozrywać naklejki- ależ koszmar!!!! Mój klasyczny sposób- czyli zmywacz do paznokci nie działa! Nie zmywa kleju a powoduje jedynie, że ten rozmazuje się po całej powierzchni! Na ratunek wzywam dr Google- radzą użyć spirytusu (nie działa), benzyny (nie mam), ale na jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi forum ktoś twierdzi, że usunął klej za pomocą… masła. Uff, udało się. Teraz trzeba zadecydować, co nalać do poszczególnych butelek- butelka z żelem pod prysznic powinna być większa niż ta np. z szamponem.  Poza tym mam dwie brązowe butelki, w których jest żel pod prysznic i dwie z mydłem do mycia rąk, a żadnej z szamponem. Ok, to przelewam żel pod prysznic do jakiejś pustej butelki po kosmetyku, który akurat się skończył- muszę nakleić kartkę, że to żel, bo opakowanie mówi co innego (i chowam zapas do szafki), teraz do butelki po żelu (porządnie wypłukanej i suchej) nalewam szampon.  I tak dalej… W pewnym momencie zaczynam mieć wątpliwości co gdzie nalałam i istnieje ryzyko, że będę myć włosy żelem pod prysznic! Na szczęście kojarzę kosmetyki po zapachu 🙂 Nadszedł moment oklejania butelek. W poście Kasi, o którym pisałam wyżej znajdziecie linki gdzie można znaleźć naklejki do wydruku. Ja pokusiłam się o stworzenie swoich własnych, dopasowanych  konkretnie do mojej łazienki. Za wzór posłużył napis z zasłony prysznicowej kupionej w H&M Home. Stworzenie etykiet to jedno, ale odpowiednie rozmieszczenie ich do wydruku na papierze już podzielonym na etykiety to co innego. Po kilku próbnych wydrukach na zwykłych kartkach, wszystko pasowało jak ulał. Ponieważ butelki są w różnych rozmiarach, przygotowałam dwie wielkości etykiet. Przy naklejaniu trzeba uważać, aby etykieta była naklejona w całości na tę część butelki, która jest walcem- jeśli nakleimy zbyt wysoko, nawet o milimetr czy dwa wyżej, w miejscu gdzie już zaczyna się szyjka butelki etykieta po prostu się zmarszczy. Naklejone! Ale przecież etykiety są z papieru! Wystarczy dotknąć je brudną, czy też mokrą dłonią i po etykiecie… Nikt o tym nie pomyślał? Przydałoby się je zabezpieczyć, ale jak? Mam! Bezbarwną folią samoprzylepną do drukarek! Arkusz należy pociąć na prostokąty o kilka milimetrów większe od etykiet i nakleić je, tworząc margines z każdej strony naklejki.  Taka powłoka spowoduje, że naszej naklejce nie straszna będzie woda i brud! Szybko jednak okazuje się jak bardzo się myliłam! Woda dostaje się pomiędzy folię zabezpieczającą a butelkę i rozmywa napisy!! Muszę w takim razie znaleźć coś co sprawi, że papier stanie się wodoodporny jak np. w decoupage. Udałam się więc do swojego ulubionego sklepu a artykułami dla artystów i wyszłam z akrylowym lakierem w sprayu, używanym do zabezpieczania prac malowanych markerami, tuszem i pastelami na papierze. Etykiety przeszły zabieg pomyślnie, lecz po nałożeniu warstwy lakieru stały się lekko przezroczyste, co po naklejeniu na brązowe butelki wyglądało jakby były szare… Nakleiłam więc na nie po jeszcze jednej etykiecie- zrobiło się jaśniej! Myślę sobie- no teraz nie ma możliwości, aby się nie udało! I oczywiście po raz kolejny nie miałam racji ;p Klej okazał się zbyt słaby, akryl na powierzchni spowodował naprężenia i zaczęły się odklejać rogi wszystkich etykiet… Tak czy siak ponownie trzeba było przykleić na nie folię samoprzylepną z marginesem… Jak myślicie- ile razy ja- niespotykanie spokojny człowiek, ciskałam gromy pod nosem na cały ten łazienkowy biznes?? Ale jak pokazałabym się ze swoją łazienką w internetach bez tych cholernych scandi-butelek na kosmetyki?! No jak?? Jak myślicie, warto było? :)))

 

Zapraszam do łazienki! :)))

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pa!

Przeczytaj również

9 komentarzy

  1. Było warto! Jeszcze większe zadowolenie po takim wkładzie własnej pracy i całym turnee. Łazienka jest odmnieniona, ty zadowolona a mi bardzo się podoba.
    Pozdrawiam

  2. Szczerze rozbawił mnie ten fragment” ” koszyk na zapas papieru toaletowego (do tej pory skrzętnie skrywany w szufladzie awansował do roli dekoracji łazienki, czemu nie mógł się nadziwić M. ;P)”. Mój M. zareagowałby tak samo 😉
    Zaś co do reszty Twych ośmielę się napisać potyczek z buteleczkami WARTO BYŁO ;)!!! Jestem pod wrażeniem samych bohaterów, ale i Twojej cierpliwości! Łazienka jak się patrzy, jak z żurnala 🙂 <3

  3. Wiesz co, odkąd przeczytałam Twój post (a było to już dawno) po głowie ciągle chodzą mi te pojemniczki. Jak widzę gdzieś brązowe fiolki to od razu przypomina mi się Twoja historia poszukiwań czarnych nakrętek 😉
    Świetnie wyglądają! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

1 × three =